Stefan Szary / FILOZOFIA
  Pomiędzy nihilizmem a wiarą
 
POMIĘDZY NIHILIZMEM A WIARĄ

           Martin Heidegger pisał, że człowiek staje się autentyczny w obliczu śmierci. Spotykając się niejako z własną śmiercią, staje on w całej prawdzie, i to staje absolutnie sam, bez majątku, świadectw, legitymacji, „adwokatów”. Nawiedza go „moment prawdy”. Prawdy, która paraliżuje – istotnie, jest coś przerażającego w śmierci.
Ale czyż śmierć nie nawiedza człowieka także „za życia”? Co myśleć o sytuacji, w której zapłakana matka stoi przy szpitalnym łóżku swojego umierającego dziecka? Stoi wypełniona miłością, wiedząc, że nie może nic zrobić. Przeszywa ją tylko potworny ból absolutnej bezradności. Wraz z umierającym dzieckiem, umiera i ona w swoim wnętrzu, niszczona cierpieniem ponad miarę.
Ileż cierpienia ponad miarę w szpitalach, w domach, wokół nas? Człowiek żyje w świecie wypełnionym cierpieniem i doświadcza tego, jak ono kradnie z niego życie kawałek po kawałku. Kiedy ktoś wszystko to sobie mniej lub bardziej uświadamia, dostrzega też, jak bardzo boi się cierpienia, bólu, śmierci. Ludzkie wysiłki to często próba ucieczki tak daleko, jak to tylko możliwe, aby o tym nie myśleć. Nawet bowiem samo myślenie o tym potrafi sprawić rzeczywisty ból.
Dzisiejsza psychologia, psychiatria podaje rozmaite definicje, dokonuje różnorakich selekcji i podaje wiele przyczyn lęku. Wśród tych licznych odpowiedzi, czyż nie jest prawdą, że lęk to jakaś wewnętrzna odpowiedź na świadomość faktu bezpowrotnego przemijania? To reakcja na tracone życie, które wykrada człowiekowi śmierć. Dlatego człowiek boi się samotności, alienacji, bólu fizycznego, wszelkiego innego cierpienia, ponieważ wówczas powoli umiera. W takich chwilach załamuje się w człowieku nadzieja. Czyż zatem nie jest tak, że umieramy wówczas, kiedy umiera w nas nadzieja?
Z największym szacunkiem patrzę na powołanie lekarskie, pielęgniarskie... Ileż pytań, niezwykle dramatycznych i bolesnych musi rodzić się zwłaszcza w ludziach wrażliwych? W niejednym sercu i umyśle toczy się walka pomiędzy rozpaczą i nadzieją. Podobnie w życiu księdza, który spotyka się z chorymi, umierającymi, z ludźmi pogrążonymi w cierpieniu po starcie swoich bliskich. Są chwile, w których człowiek potrafi odepchnąć cierpienie od siebie, a nawet myśl o nim. Zajmuje się całkowicie karierą, zdobywaniem pieniędzy, polityką (gubiąc często człowieka) – ale za moment cierpienie w takiej lub innej postaci przypomina bolesny fakt swojego istnienia.
W ten sposób życie przybiera postać ciągłej walki w rozmaitych postaciach. Walczyć, walczyć... Nawet niektóre interpretacje religijne ukazywane są pod postacią walki. Narzuca się pytanie: czy postawa walki nie została tak dalece przeakcentowana, iż stała się wręcz jakąś obsesją, jakimś stanem chorobowym ludzkości? Walczyć, walczyć... aż w pewnym momencie człowiek uświadamia sobie, że następuje koniec. Dziś koniec walki widoczny jest u drugiego, a za jakiś czas zostanę pokonany ja sam. Czyż wobec tego można mieć za złe ateizm (a może lepiej niewiarę) zrodzony z cierpienia? I czyż można mieć uzasadniony żal do ludzi, którzy wierzą w Boga i w życie wieczne?
Najgłębsza wiara może przemienić się w ateizm (np. pod postacią wewnętrznej pustki, braku zaufania, więzi), ale także największy ateizm może przemienić się w głęboką ufność Bogu, w wiarę pełną zaufania. Człowiek jest przeogromną tajemnicą. Jest w nim rozpacz i nadzieja, przemijanie i trwanie, skończoność i pragnienie wieczności... Egzystencja człowieka rozciąga się pomiędzy nihilizmem F. Nietzschego, a paradoksalnym (postrzeganym w przestrzeni absurdu) zaufaniem Bogu, ukazywanym przez S. Kierkegaarda. Rzutuje to także na sposób postrzegania drugiego człowieka. Człowiek potrafi patrzeć na drugiego, widząc w nim bliźniego swego, ale potrafi też patrzeć na drugiego, jak na przedmiot, a nawet jak na wroga, którego koniecznie trzeba zwyciężyć w niestrudzenie podejmowanej walce. Ktoś, kto patrzy na innego, jako na osobę, kocha i często cierpi. Miłość matki do dziecka sprawia, jak już powiedzieliśmy, że wraz z bolesnym odejściem jej dziecka, umiera jakaś część (o ile w ogóle można powiedzieć „jakaś część”?) jej samej. Gdy człowiek patrzy na drugiego jak na przedmiot, nie odczuwa takiego bólu. Jeśli nawet istnieje jakiś ból w odniesieniu do przedmiotu, to jest on absolutnie innego rodzaju. Może człowiek mniej się boi? Może walczy dosłownie z myślą, że kiedyś zostanie pokonany? Nie dostrzegając w drugim bliźniego swego, człowiek potrafi nawet zabić, żyjąc dalej tak, jak gdyby nic się nie stało. Może nawet wzrasta w nim poczucie dumy z tego, że nie dał się pokonać, a zawiedziony jest i nie rozumie, dlaczego jeszcze nie został okrzyknięty bohaterem?
Refleksja ta rodzi się przy ogromie przestępczości i krzywdy, jaką ludzie nawzajem sobie wyrządzają. Skąd w człowieku pokusa przedmiotowego postrzegania drugiego? Przecież nie jest to problem jedynie świata przestępczego. Za znieczulicę nikt nie idzie do więzienia, a ona potrafi przecież boleśnie krzywdzić i wykradać życie kawałek po kawałku. Może właśnie, między innymi, pokusa ta ma swoje źródło w przekonaniu, że przedmiot nie cierpi, nie odczuwa bólu. Patrząc na drugiego jak na przedmiot, człowiek sam siebie zaczyna postrzegać podobnie. Może dlatego tak wiele dziś okrucieństwa? Może jest to próba ukazania, że w świecie nie ma bólu i cierpienia? Jest to najgorsze w swych konsekwencjach ze wszelkich złudzeń, najpotworniejszy rodzaj ślepoty, niezwykle trudnej do uleczenia.
W perspektywie tego, co zostało powiedziane wyżej, jakimś szczególnym lekarstwem stają się ewangeliczne słowa: „Prawda was wyzwoli” i słowa Cypriana Kamila Norwida, często przypominane i interpretowane przez ks. prof. J. Tischnera: „Nadzieja jest z prawdy”.
I oto w tym punkcie pojawia się dramatyczne pytanie: czy rzeczywistość wiary, nie jest także jeszcze jednym tylko złudzeniem? Dla K. Marksa religia stanowiła złudzenie, dające pociechę cierpiącemu człowiekowi. Pisał: „Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jak jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji, to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może”.
Zupełnie inaczej postuluje S. Kierkegaard. Dla duńskiego filozofa religia to kroczenie drogą prawdy, gdzie prawda nie należy do świata definicji, ale jest słowem Boga, wypowiedzianym w Chrystusie. „Słowo stało się Ciałem”. To nic, że rozum tego nie pojmuje. Trzeba iść, przekonuje Kierkegaard, podejmując ryzyko absurdu. Tutaj tkwi istotna różnica pomiędzy wiarą – zaufaniem, a wiedzą.
I oto stajemy znów w punkcie wyjścia. „Za ateizmem przemawia wiele argumentów. Więcej niż za religią – mówi ks. Tischner . W gruncie rzeczy to logiczne, żeby być ateistą. Tak jak logiczne i rozumne jest to, żeby się nie zakochać... A przecież ludzie nie są w tym przypadku logiczni. Na szczęście”.
Kim zatem jest Bóg? Skoro kocha, dlaczego człowiek cierpi? Dlaczego w świecie tyle cierpienia absolutnie niewinnego? Szpitale dziecięce nigdy nie są puste! Dlaczego przez cierpienie, a nie inaczej dokonało się Odkupienie?
I raz jeszcze ks. Józef Tischner: „Jeszcze nie umiemy czytać sensu bólu miłości. Jeszcze nie poznaliśmy dogłębnie tajemnicy Dobra, które pragnie być sobą, a staje się sobą przez poświęcenia dla innego. Znamy pojednanie przede wszystkim jako kompromis. Pojednanie przez poświęcenie przejmuje nas grozą”.

 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=