Stefan Szary / FILOZOFIA
  Związek między mową a istnieniem
 

ZWIĄZEK MIĘDZY MOWĄ A ISTNIENIEM

DIALOGICZNOŚĆ ISTOTĄ MOWY
 
„Narody utrwalają swoje dzieje w opracowaniach, przekazują w różnorakich formach dokumentów, dzięki którym tworzą własną kulturę. Podstawowym narzędziem tego sukcesywnego tworzenia jest język. Za jego pomocą człowiek wypowiada prawdę o świecie i o sobie samym, i pozwala innym mieć udział w owocach swoich poszukiwań w różnych dziedzinach. Komunikuje się z innymi, a to służy wymianie myśli, głębszemu poznaniu prawdy, a przez to samo również pogłębianiu i gruntowaniu własnej tożsamości”[1].
 
Na początek trzy spostrzeżenia.
  1. Ucząc się z niemałym trudem języka obcego, trudno nie postawić prostego pytania: dlaczego w ogóle ludzie mówią różnymi językami?
  2. Czymś całkowicie naturalnym wydaje się być z jednej strony pragnienie zrozumienia drugiego człowieka, z drugiej zaś chęć wyrażenia siebie. Język obcy pojawia się w tym właśnie punkcie jako trudność, którą człowiek pragnie pokonać. Stąd niemalże od zawsze istnieje potrzeba nauki języka obcego i zarazem radość, gdy ludziom udaje się wzajemnie porozumieć.
  3. Mówiąc o języku mam na myśli doświadczenie udanych prób radosnych porozumień z Niemcami, Afrykańczykami, Japończykami… W kontraście do tego obrazu, niezwykle silnie niepokoi pytanie: dlaczego zatem ludzie w obrębie własnego języka, własnej mowy, nie potrafią wzajemnie się porozumieć? Dlaczego, jak wyraził się A. Exupéry: „mowa jest źródłem nieporozumień?”
 
Jestem głęboko przekonany, że istnieje ścisły związek pomiędzy mową a istnieniem. Mowa, którą rozumiem niezwykle szeroko, objawia, jak mi się wydaje, sposób istnienia człowieka. Gotów jestem powiedzieć nawet jeszcze ryzykowniej, mowa po prostu jest sposobem naszego istnienia. Stąd też niezwykła ważność tego zagadnienia i stawianych w jego obrębie pytań, a także trud i próba zbliżenia się choćby odrobinę do odpowiedzi.
Zagadnienie mowy wprowadza nas bezpośrednio w obszar dobra i zła. Mówiąc o ludzkiej mowie jako o sposobie istnienia, wkraczamy już na samym początku w horyzont zagadnienia dobra i zła. Nie potrafimy jeszcze ani dobra zdefiniować, ani też zła konkretnie nazwać, a już znajdujemy się w obrębie tych właśnie zagadnień. Dobro i zło są jak wypełnienie przestrzeni, w której jeśli jesteśmy to jesteśmy. Mowa jako sposób istnienia człowieka zostaje postawiona przed tym właśnie podstawowym wyzwaniem egzystencjalnym, przed zagadnieniem dobra i zła.
 
Jedną z prób odpowiedzi na postawione na początku pytanie: „dlaczego w ogóle ludzie mówią różnymi językami?” jest interpretacja biblijnej opowieści o budowaniu wieży Babel. Bibliści wyjaśniają, że różnorodność języków jest karą za grzech pychy, jakiego dopuścili się ludzie, występując tym samym przeciw Bogu. Ale pycha jest tutaj skutkiem czegoś, co nastąpiło już wcześniej. Wydaje mi się, że to wcześniej działo się właśnie na poziomie mowy. Ludzie, którzy posługiwali się jednym zrozumiałym językiem i używali zrozumiałych dla siebie słów, nie potrafili się ostatecznie porozumieć. Mowa, która źródłowo jest dialogiczna, została okrojona ze swej dialogiczności. Ludzie pozostali na poziomie porozumienia, gdy chodzi o wykonywanie dzieła budowy, ale skończyli dialog z Bogiem w momencie, gdy wystąpili w swych sercach przeciwko Niemu. W ten sposób doszło do posłużenia się mową, nie zważając na jej podstawowe prawo, które niechaj będzie wolno mi nazwać: prawem dialogiczności mowy. Nie licząc się z owym podstawowym prawem dialogiczności, nadużyto mowy. Wydaje mi się, że biblijna opowieść o budowaniu wieży Babel ukazuje w gruncie rzeczy konsekwencję nadużycia mowy w wyniku czego nastąpiła różnorodność języków. Interpretacja ta jest oczywiście osobistą próbą filozoficzną, zgodną jak mi się wydaje z podstawową intencją biblistów.
Z tego, co do tej pory zostało powiedziane, nie należy wyciągać wniosku, jakoby ludzi na początku podzieliła mowa. Ludzi podzieliła nie tyle mowa, ile podzieliło przede wszystkim zło. Bohaterowie biblijnej opowieści ulegli bowiem pokusie zła. Konsekwencją przyjęcia owej pokusy, stał się podział. Zło na najróżniejsze sposoby dzieli. Biblia w swojej pedagogice odwołuje się do obrazów. Konsekwencją uległości pokusie w Raju stał się obraz nagości i poczucie wstydu, zmieszania, próba skrycia się, ucieczki, udawania jakby nie-bycia. Konsekwencją przyjęcia pokusy przy budowie wieży Babel stał się podział, niezdolność zrozumienia i porozumienia, różnorodność języków. I tak jak tęsknota za stanem pierwotnego szczęścia noszona jest w sercu człowieka, tak samo chęć bycia zrozumianym i rozumienia innego, każdego człowieka, jest głębokim pragnieniem ludzkiego wnętrza, odwołującym się do wspomnienia okresu zanim nastąpiła tragedia podziału przy budowie wieży Babel. Od tamtej chwili boli człowieka to, kiedy nie jest zrozumiany, kiedy nie może adekwatnie wyrazić siebie, kiedy nie może zrozumieć tekstu, mowy, przesłania. Mowa w wyniku nadużycia stała się od tego momentu także „źródłem nieporozumień”.
Jaka zatem mowa jest mową właściwą? Powiedziane zostało już wcześniej, że pierwszym prawem mowy jest jej prawo dialogiczności. Zatem mowa właściwa to taka, która tworzy mosty zrozumienia. Mowa właściwa jest mową, która nie zostaje zdradzona, to znaczy nie staje się mową niedialogiczną. Mowa źródłowo służy dialogiczności, mostom wzajemnego zrozumienia. Znaczy to dalej, że nigdy nie powinna być ona narzędziem wykorzystywanym przeciw Drugiemu. Może być oczywiście mową skierowaną przeciwko złu, złym planom, złym zamierzeniom, ale nigdy mową skierowaną przeciwko Drugiemu: przeciwko człowiekowi, bądź też przeciwko Bogu.
 
Mowa wyraża myśli rozumu i serca. Ona w jakiś sposób materializuje myśli. Rozum i serce człowieka wyrażają się poprzez mowę. Podążam w tym miejscu za Pascalem, który stwierdził: „Serce ma swój rozum, którego rozum (umysł) nie zna”. Pod pojęciem serca, rozumiem najgłębsze jestestwo, najgłębsze ja człowieka, sobość – jak mówią niektórzy filozofowie, tak trudną do wyrażenia. Dramat owego najgłębszego ja rozgrywa się w przestrzeni dobra i zła. Źródłem dramatu jest dana człowiekowi wolność. Specyfiką ludzkiego ja jest właśnie to, że jest ono wolne. J. Tischner w swoich tekstach ukazywał dobitnie możliwość zniewolenia zewnętrznego, spętania człowieka, a jednocześnie wskazywał na wewnętrzną przestrzeń wolności, na najgłębszą wolność sobości, za którą odpowiedzialny jest przede wszystkim sam człowiek. Kierkegaard wypowiedział w tej kwestii myśl zasadniczą: wolność człowieka to nie tyle wolność wyboru, ile wybierany przez człowieka sposób istnienia. To dużo głębsze spojrzenie na wolność, aniżeli powszechne przekonanie. Wolność wyboru nie oznacza automatycznie, że każdy uczyniony wybór jest na miarę wolności. Możliwość wyboru oznacza przede wszystkim to, że nie jestem zmuszony: nie muszę czynić zła, ale nie jestem też przymuszony do dobra. Nie muszę czynić, rozstrzygać, lecz nie mogę zarazem zrzec się wyboru, gdyż, jak pisał Kierkegaard, niedokonanie żadnego wyboru jest także wyborem. A zatem człowiek nie jest w stanie zrzucić z siebie brzemienia wolności. Stąd Tischnerowskie pytanie o rozumienie wolności: czy jest ona darem szczęsnym, czy też jest to nieszczęsny dar [wolności]. Człowiek postawiony jest w swojej egzystencji w sytuacji wyboru. Może się on opowiedzieć, może się także sprzeciwić, może się wycofać, zawrócić, zmienić dotychczasowy kierunek, zwłaszcza jeśli uświadomi sobie, że stał się na przykład ofiarą zła. Cała ta analiza zdaje się potwierdzać fundamentalne założenie egzystencjalne o pierwotności przestrzeni dobra i zła w życiu człowieka. Bardziej lub mniej wyraźnie określone dobro i zło stają się mapą, na której człowiek odkrywa swoje własne położenie.
W filozofii istnieją próby porzucenia tej mapy. Wykonano ogromną pracę filozoficzną z wieloma ciekawymi wynikami. Jednakże, według mnie, wszelkie próby unieważnienia horyzontu dobra i zła, nie oznaczają, że jego nie ma. Na tym polega największy problem filozofii dwóch wielkich myślicieli F. Nietzschego i M. Heideggera. M. Heidegger trafił w samo sedno, gdy powiedział, że „istotą mowy jest mowa istoty”. Ale zarazem nie dopowiedział on, że wyrażać istotę to znaczy dokonywać próby określenia położenia najgłębszego ja w horyzoncie, czy też jak mówiliśmy wcześniej, na mapie dobra i zła. Heidegger bezwzględnie połączył mowę z prawdą, ale nie dopowiedział, że prawda, która wyraża się w egzystencji, nie daje się ująć i zrozumieć poza przestrzenią dobra i zła. Nawet F. Nietzsche budując konstrukcję istnienia „poza dobrem i złem”, postulował ostatecznie jakąś nową wersję swojej mapy. Nietzscheańska krytyka chrześcijaństwa miała służyć przecież możliwości otwarcia, nowej, jego zdaniem, lepszej, prawdziwszej perspektywy. Tutaj raz jeszcze uwyraźnia się fundamentalność dobra i zła w próbach rozumienia własnej egzystencji.
Istotną cechą dobra jest to, że łączy. Dobro, podobnie jak mowa właściwa jest dialogiczne, jest dla. Mowa źródłowo służy wzajemnemu zrozumieniu, dialogowi, owemu dla. Z nadużyciem mowy mamy do czynienia wówczas, gdy za jej pomocą ostatecznie chce zwyciężyć zło. Mowa źródłowo dialogiczna zostaje wykorzystana wówczas przez zło do osiągnięcia skutku zerwanego dialogu. Zło uwyraźnia się tutaj między innymi w tym, że doprowadza do podstawowej sprzeczności w obrębie samej mowy. Może właśnie dlatego tak wielką wartość w mowie ma wartość milczenia?
Wróćmy jednakże do analizy pojęcia mowy właściwej. Uczenie się z trudem nie tyko języka obcego, ale także ojczystego ukazuje, że mowa jest rzeczywiście trudem. Trud włożony w troskę o język jest także pracą. Są ludzie do tego właśnie rodzaju pracy, do tego zawodu, szczególnie powołani – wezwani do pracy nad mową i pracy mową. Owoce tej pracy, podobnie jak mąka, chleb, mleko służą temu, aby człowiek naprawdę jako człowiek mógł żyć. Mowa i istnienie, raz jeszcze zostało to ukazane, pozostają w niezwykle istotnym związku ze sobą.
U źródeł mowy, jako narzędzia porozumienia leży tajemnica dobra i zła: dobrych i złych myśli, dobrych i złych intencji, dobrych i złych planów, pragnień, marzeń… Początkiem tragedii mowy nadużytej było zło, które zawsze dzieli, które niszczy więź, niszczy dialog. Zło nienawidzi mostów wzajemności, stąd ciągle kusi, by wystąpić przeciw drugiemu, nieraz też przeciw samemu sobie. „Istotą mowy jest mowa istoty” – lecz czyż nie oznacza to właśnie tego, że mowa w swojej źródłowej postaci jest sobą i jest naprawdę u siebie wtedy, gdy objawia dobro i gdy na różne sposoby ukazuje egzystencjalne sposoby istnienia człowieka w horyzoncie „dla”?
 
„Życie języka polega przecież właśnie na tym, że nigdy nie można zbytnio oddalić się od konwencji językowej. Kto mówi językiem prywatnym, językiem, którego nie rozumie nikt inny, nie mówi w ogóle. Z drugiej jednak strony ten, kto mówi językiem całkowicie skonwencjonalizowanym w doborze słów, w syntaksie, w stylu, traci moc bezpośredniości i ewokacji, którą może osiągnąć jedynie przez indywidualizację językowego zasobu słów i językowych środków wyrazu”[2].
 

[1] Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, Kraków 2005, s. 81.
[2] H.G. Gadamer, Rozum, słowo, dzieje, przeł. M. Łukasiewicz, K. Michalski, Warszawa 2000, s. 122.
 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=