Stefan Szary / FILOZOFIA
  5. Spotkanie z człowiekiem cierpiącym i chorym
 

ZAGADNIENIE SMUTKU I OSAMOTNIENIA W CHOROBIE

 
1. Smutek i samotność
 
1.1. Fenomen smutku
 
Jako wprowadzenie do niniejszego zagadnienia niechaj posłużą nam najpierw słowa prof. A. Kępińskiego z książki pt. Melancholia: „Człowiek wesoły czuje się młody, a smutny – stary. Dla wesołego śmierć jest daleko, dla smutnego blisko. U każdego człowieka, a także u zwierząt dynamika życiowa, odczuwana subiektywnie jako nastrój, ulega stałym wahaniom. Jednego dnia wstaje się z łóżka «lewą nogą», a drugiego – «prawą». Oczywiście, na nastrój wpływają różne czynniki, np. postawy uczuciowe w stosunku do otoczenia i do samego siebie. Dla człowieka zakochanego świat jest piękny, sam czuje się radosny, dla nienawidzącego – świat staje się ponury, a on sam jest smutny, gdyż trawią go «złe» uczucia. Niezadowolenie z siebie odbija się na nastroju i odwrotnie – pozytywny do siebie stosunek poprawia nastrój”[1].
Zadajmy pytanie: czy to smutek wywołuje chorobę, czy też jest odwrotnie: choroba powoduje smutek? Zdarza się choroba, w której smutek dominuje w sposób trwały, bez jasno określonej przyczyny: depresja. Innym słowem określającym taki stan rzeczy jest użyte już wcześniej słowo: melancholia. „W depresji – pisze prof. A. Kępiński – smutek nachodzi człowieka bez uchwytnej przyczyny. Jakby ktoś nacisnął kontakt, wszystko nagle gaśnie, świat traci swą barwę, przyszłość oddzielona zostaje czarną ścianą nie do przebycia, a przeszłość zamienia się w pasmo wydarzeń obciążających chorego poczuciem winy. Znika normalna energia życiowa, każda decyzja staje się niesłychanie trudna, a najbłahsze sprawy stają się problemami, których niepodobna rozwiązać. Przed chorym piętrzą się trudności jak niebotyczne góry”[2].
Stan smutku, obniżonego nastroju nie jest obcy żadnemu człowiekowi. Stąd też w pewien sposób potrafimy współczuć człowiekowi dotkniętemu depresją. O wiele trudniej zrozumieć chorych cierpiących np. na schizofrenię. To doświadczenie – rozszczepionej jaźni – nie jest bowiem tak dostępne, jak zdarzające się każdemu chwile smutku. Ludzie dzielą się na optymistów i pesymistów. Kiedy pojawia się smutek, tym drugim, to znaczy pesymistom, o wiele trudniej jest go przezwyciężyć. Może dlatego panuje powszechne przekonanie o tym, że optymistom żyje się łatwiej. Ponownie A. Kępiński: Smutek jest dolą człowieka. Nawet najpogodniejszemu trafiają się okresy depresji, gdy świat wokół niego ciemnieje i człowiek widzi wszystko w ciemnych kolorach. (…) Już z daleka można poznać człowieka smutnego po jego przygarbionej sylwetce, jakby na barkach dźwigał ciężar świata, po zwolnionych, ociężałych ruchach – jak gdyby u rąk i nóg wisiały mu kajdany. Siła ciężkości zwiększa dynamikę ustroju. Widać, z jakim wysiłkiem chory dźwiga swoje ciało, nawet rysy twarzy opadają ku dołowi (już w rysunku dziecka uwidacznia się charakterystyczny sposób rysowania twarzy smutnych i wesołych, w pierwszych fałdy czołowe, łuki brwiowe, kąciki ust opadają ku dołowi, w drugich uniesione są ku górze)”[3].
 
1.2. Egzemplifikacja smutku w filozofii
 
            W filozofii człowiekiem, któremu doświadczenie smutku było szczególnie bliskie był Duńczyk Søren Kierkegaard (1813-1855). W swoim dziele pt. Albo-Albo zanotował: „Poza kręgiem moich bliskich mam tylko jednego wiernego przyjaciela, mój smutek; pośród radości, wśród pracy, wywołuje on mnie na stronę, chociaż cieleśnie pozostaje na miejscu, ażeby mnie tylko przekonać, że istnieje. Mój smutek jest najwierniejszą kochanką, jaką kiedykolwiek miałem, cóż dziwnego, że kocham ją wciąż z wzajemnością”[4].
Skąd taki stan w życiu Kierkegaarda? Trudno do końca i z całą pewnością odpowiedzieć na to pytanie. Niemniej pewne fakty z jego biografii mówią wiele. Dla Sørena Kierkegaarda niezwykle ważną relację stanowiła więź z ojcem. Zaś życie ojca, które trwało 80 lat, było ciągle odnawianym doświadczeniem rozpaczy, gdyż śmierć pustoszyła bezlitośnie jego rodzinę. Ojciec we łzach odprowadzał co jakiś czas na cmentarz swoich najbliższych. Pochował trzy swoje córki, z których jedna miała 25 lat, dwóch synów, gdzie jeden z chłopców miał zaledwie lat 12, pierwszą i drugą swoją żonę, a także swoją synową, współprzeżywając tragedię ze swoim synem, starszym bratem Sørena. Tak więc najpierw dziecko, a potem młodzieniec był najbliższym świadkiem boleści i rozpaczy własnego ojca, który w tych wszystkich ciężkich sytuacjach wiernie wierzył Bogu, w Bogu pokładał swoje zaufanie i marzył tylko o jednym, by jego dzieci zostały zbawione. W pewien sposób człowiek ten został sam, jak Hiob na popiołach, opuszczony, strapiony, pozbawiony wszystkiego, co było mu najbliższe i najdroższe. Syn chcąc nie chcąc dzielił ból i atmosferę domu, w którym przeżywał swoje smutne dzieciństwo i młodość. Doświadczenie to mocno wpisało się zatem w całe życie filozofa. W cytowanym już dziele pt. Albo-Albo czytamy: „Moja dusza jest tak smutna, że żadna myśl nie może jej pocieszyć, żadne uderzenie skrzydeł nie wzniesie jej w przestrzenie eteru. Jeżeli się porusza, to leci tuż przy ziemi, niskim lotem jak ptak, który się dostał w podmuch huraganu. Nad moim światem wewnętrznym panuje znieruchomienie, strach, jak przeczucie trzęsienia ziemi”[5]. I jeszcze jedna wypowiedź Kierkegaarda: „Życie stało się dla mnie gorzkim napojem, a przecież trzeba je łykać jak krople, pomału, licząc”[6].
 
1.3 Przykład smutku w literaturze
 
W literaturze o tajemniczości smutku pisał także Antoine de Saint-Exupéry. W 6. rozdziale słynnej książeczki pt. Mały Książę czytamy:
 
„Powoli zrozumiałem, Mały Książę, twoje smutne życie. Od dawna jedyną rozrywką był dla ciebie urok zachodów słońca. Ten nowy szczegół twego życia poznałem czwartego dnia rano, gdyś mi powiedział:
- Bardzo lubię zachody słońca. Chodźmy zobaczyć zachód słońca.
- Ale trzeba poczekać.
- Poczekać na co?
- Poczekać aż słońce zacznie zachodzić.
Początkowo zrobiłeś zdziwioną minę, a później roześmiałeś się i rzekłeś:
- Ciągle mi się wydaje, że jestem u siebie.
Rzeczywiście, wszyscy wiedzą, że kiedy w Stanach Zjednoczonych jest godzina dwunasta, we Francji słońce zachodzi. Gdyby można się było w ciągu minuty przenieść ze Stanów do Francji, oglądałoby się zachód słońca. Niestety, Francja jest daleko. Ale na twojej planecie mogłeś przesunąć krzesełko o parę kroków i oglądać zachód słońca tyle razy, ile chciałeś…
- Pewnego dnia oglądałem zachód słońca czterdzieści trzy razy – powiedział Mały Książę, a w chwilę później dodał: - Wiesz, gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca.
- Więc wówczas, gdy oglądałeś je czterdzieści trzy razy, byłeś aż tak bardzo smutny? – zapytałem.
Ale Mały Książę nie odpowiedział”[7].
 
Milczenie Małego Księcia zdaje się wskazywać na niewystarczalność, małość lub też nieadekwatność słów przy temacie smutku, na osobisty charakter tego zagadnienia. Ostatecznie odpowiedzieć musi każdy sam. Każde doświadczenie jest inne, osobiste, indywidualne. Nie zawsze słowa są pomostem do ludzkiego wnętrza. Doskonale wiemy, jak trudno jest nieraz pocieszyć drugiego człowieka, bo po prostu „nie znajdujemy właściwych słów”. Czasem milcząca obecność, bycie razem, trwanie razem, uścisk dłoni, dają więcej wsparcia i siły, niż próba werbalnego pocieszenia. Nie zawsze trzeba mówić i tym bardziej nie zawsze trzeba chcieć wszystko do końca, z absolutną precyzją, wypowiedzieć. Milczenie ma swoją wartość. W naszych rozgadanych czasach, przegadanych tematach (w których istotę gubi się w powierzchownościach), pewnie należałoby przywrócić godność milczeniu w rozmowie, tak, aby dało się doświadczyć żywej obecności drugiego człowieka. Nie trzeba bać się milczenia. Spotkanie, w którym nie ma słów, może także stać się doświadczeniem obecności – żywej obecności drugiego obok mnie. Gdy brak tej obecności, trudno być wesołym, wnętrze człowieka wypełnia tęsknota i smutek.
 
1.4. Smutek w chorobie
 
Przeżywanie smutku wcale nierzadko towarzyszy przy chorobie. Takie czynniki jak: świadomość utraty zdrowia, nękający chorego człowieka ból, niepewność co do przyszłości, różnorodne ograniczenia w chorobie, utrata dotychczasowej niezależności, także wywołują smutek. Stan nastroju życiowego mniej lub bardziej obniża się. Bólowi ciała towarzyszy nierzadko ból duszy. „Człowiek chory (także zwierzę) staje się smutny, szuka samotności, ucieka od zabawy. Niektóre choroby szczególnie obniżają nastrój: np. choroby przewodu pokarmowego czy reumatyzm. Zdarzają się choroby, które niekiedy wzmagają dynamikę życiową, a z nią nastrój, np. gruźlica, nadczynność tarczycy”[8].
Trudno zatem się dziwić, że chorobie towarzyszy smutek, zatroskanie, cicha refleksja nad życiem i jego problemami. Choroba, przeżywana jako doświadczenie graniczne, jest – można tak powiedzieć – moją chorobą: to mnie boli, to ja łykam tabletki, to mnie operują, to mnie zatrzymują w szpitalu. Dlatego, że jest to najbardziej moje doświadczenie, doświadczenie pojedynczego podmiotu, to właśnie w szczególny sposób uwrażliwiony jest on na przeżycie osamotnienia. Gdy są bliscy, rodzina, przyjaciele, życzliwi opiekunowie, wtedy o wiele łatwiej udaje się przezwyciężyć smutek i samotność. Najtrudniej jest wtedy, gdy człowiek pozostawiony jest samemu sobie.
 
2. Samotność i osamotnienie
 
2.1. Izolacja chorych
 
            Jedno staje się dość wyraźne, w chorobie człowiek szczególnie boleśnie może przeżywać swoje osamotnienie. Widzimy to wyraźniej, sięgając chociażby do przykładów z historii. „W starożytnym Egipcie chorych izolowano od otoczenia, a ich obozowiska co pewien czas palono, organizując nowe. W Babilonie wiara, że chory jest opanowany przez demony, była podstawą zaleceń izolacji chorego. Inne motywy przyświecały Izraelitom, którzy wyznawali te same zasady postępowania, ale nie wierzyli w tkwiące w człowieku demony, natomiast uznając chorobę za karę zesłaną na człowieka przez Jahwe, uważali, że nie należy z takim człowiekiem obcować, aby nie obrazić Boga”[9].
Chory skazany bywał na wykluczenie ze społeczeństwa, a to oznaczało zarazem osamotnienie, smutek, a nawet rozpacz. Praktykę izolacji stosowano w szczególny sposób podczas pojawiających się gróźb epidemii, zwłaszcza dżumy, nazywanej także czarną śmiercią (mors migra), lub – ze względu na łatwość przenoszenia – „morowym powietrzem”; ospy, a także trądu. W Europie największym okresem rozprzestrzeniania się trądu był wiek XIII. „W samej Francji miało znajdować się 4000 leprozoriów (miejsca odosobnienia dla trędowatych – od lepra – trąd). Odrzucenie od społeczeństwa powodowało niekiedy agresję ze strony chorych, którzy groźbą zbliżenia się wymuszali datki, dlatego i reakcja władz sanitarnych była agresywna. Trędowaci byli pomawiani o różne niecne czyny. W wieku XIV oskarżano ich na równi z Żydami o zatruwanie studzien. Przy niektórych leprozoriach stawiano szubienice, jako ostrzeżenia dla tych, którzy odważyliby się opuścić miejsca odosobnienia. Niekiedy winni nieprzestrzegania zakazów trafiali na stos”[10].
            W szczególny sposób narażeni na wykluczenie społeczne byli zawsze ludzie chorzy psychicznie. Nie postrzegano ich jako chorych, ale jako niebezpiecznych. Pierwsze azyle dla obłąkanych powstały około XVI wieku, ale ich celem nie miało być niesienie pomocy, jak w przypadku innych chorób, lecz odizolowanie od społeczeństwa, w obawie przed rzekomą agresją. „Warunki, jakie im stwarzano, zaprzeczały często podstawowym warunkom ludzkiego bytowania. Indywidualne bądź zbiorowe zamykanie w klatkach, poniżające ćwiczenia, mające wymusić posłuszeństwo, przykuwanie łańcuchami i kunami, wpuszczanie do szpitali gawiedzi «zwiedzającej» i traktującej tych ludzi jak zwierzęta, należały do powszechnie stosowanych. Odmieńcy nie byli traktowani jako chorzy. Powstające szpitale miały na celu jedynie ich izolację”[11]. Warto dodać, że pierwsze szpitale psychiatryczne, w których celem była także próba leczenia chorych zaczęły powstawać w II poł. XVIII wieku – pierwszym był szpital w Toskanii (1774), drugi w Londynie (1786). Momentem przełomowym „było uwolnienie z łańcuchów chorych w szpitalach Bicêtre (1793) i Salpêtriér (1795) przez Philippe Pinela (1745-1826). Od tego czasu zabrania się w szpitalach wpuszczania widzów, zamykania chorych w klatkach, nie mówiąc już o nakładaniu kajdan czy przykuwaniu do ściany. Jednak długo jeszcze «nieposłusznych» chorych zamykano w komórce, polewano zimną wodą, zmniejszano im porcje żywnościowe czy wykorzystywano do «poniżających» prac”[12].
Dziś izolacja także stosowana bywa jako jeden z rodzajów działania medycznego. Jednakże jej celem jest tylko i wyłącznie: zapobieganie szerzenia się infekcji, oraz w przypadku osób z obniżoną odpornością, ochrona przed zakażeniem drobnoustrojami przeniesionymi przez osoby zdrowe[13]. Oczywiście izolacja nie oznacza tutaj braku kontaktu z najbliższymi. Dzięki rozwojowi techniki kontakt z bliskimi nie jest już dziś tak zagrożony jak dawniej. Ważne jednak jest to, ażeby kontaktu z innymi ludźmi nie tylko nie byli pozbawieni ci, którzy mają bliskich i przyjaciół, ale także te osoby, o których można powiedzieć, że nie mają nikogo. Wówczas każde najkrótsze nawet spotkanie z lekarzem, pielęgniarką, terapeutą posiada ogromne znacznie i jest często lekarstwem na smutek i depresję, jaka zagrozić może człowiekowi choremu.
 
2.2. Osamotnienie dziś
 
Oceniając krytycznie wydarzenia z historii, nie możemy zapomnieć także i o tym, że także i dziś zagadnienie wykluczenia społecznego z powodu choroby ma czasem miejsce. Obrazuje to następujący fragment książki Davida Kesslera Śmierć jest częścią życia. O prawo do godnego umierania.
 
„Sięgnąłem po telefon, by wezwać pomoc, ale Richard powstrzymał mnie. – Nie, proszę nie dzwonić po sanitariuszy, ani lekarza, ani po nikogo. Umieram i nikt nie powinien tego przerywać.
            Richard miał rację, rzeczywiście umierał. – Proszę przynajmniej pozwolić mi wymyć pana i ułożyć wygodnie – zaproponowałem.
            Słabym ruchem dłoni odesłał mnie. – Mam AIDS. Nie powinien pan podchodzić do mnie. Proszę tylko pozwolić mi umrzeć.
            Na początku lat osiemdziesiątych AIDS było jeszcze chorobą zupełnie nieznaną. Ludzie bali się jej. Ja także się obawiałem, ale nie mogłem pozwolić, by ktoś w taki sposób umierał. – Jeśli się zabezpieczę, czy pozwoli mi pan pomóc sobie? – spytałem. Richard zgodził się. Poprosiłem o pomoc Madge, pielęgniarkę w średnim wieku. Wróciliśmy odziani w odzież ochronną, rękawice i maski, zabezpieczeni nie tylko przed AIDS, ale i pyłem radioaktywnym wybuchu jądrowego.
            W ciągu kilku godzin ten trzydziestoczteroletni mężczyzna był umyty, leżał w czystym łóżku i popijał powoli zupę. Teraz przyszła pora, by porozmawiać. – Co się stało? – zagadnąłem.
- Wszystko jest tam – odrzekł, wskazując na magnetofon leżący obok łóżka. – Nagrałem to. Nie mam nikogo, więc mówiłem do mikrofonu. Może pan posłuchać, jeśli ma pan ochotę – dodał cicho. Zostawiłem go z Madge, a sam poszedłem do drugiego pokoju, gdzie niecierpliwie przewinąłem taśmę.
Usłyszałem głos Richarda, opowiadającego o tym, jak został przyjęty do szpitala i jak lekarz poinformował go, że choruje na AIDS. Nie ma lekarstwa, powiedział doktor. Nie istnieje leczenie, więc miał wkrótce umrzeć. Potem lekarz stwierdził, że nie ma ochoty opiekować się kimś, kto «sam jest sobie winien». Kiedy leżał w szpitalu, zostawiono go samego. Tace z jedzeniem stawiano na zewnątrz pokoju, żadna pielęgniarka ani lekarz nie przyszedł, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje. – Jeśli mam umierać w samotności – dźwięczał zapis na taśmie magnetofonowej – to wolę wrócić do domu. – Zadzwonił zatem do przyjaciela, żeby go odebrał. Nikt ze szpitala nie próbował go zatrzymać, nikt nie ostrzegł, co może go czekać.
Przyjaciel był zszokowany, gdy odbierając go ze szpitala, zobaczył, w jakim jest złym stanie. W drodze do domu Richard powiedział mu, że ma AIDS. – Myślałem, że zawróci i zostawi mnie przy drodze. – Znajomy opuścił zasłony w oknach samochodu, gdy usłyszał, że jego pasażer cierpi na przerażającą chorobę. Pędził, by jak najszybciej zawieźć Richarda do domu i pozbyć się go z samochodu. – Dotarłem do domu – ciągnął Richard – i zadzwoniłem do innego przyjaciela, do rodziców. Nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego. Nigdy nie czułem się talk samotny. Wtedy zrozumiałem, że już nigdy nikt mnie nie dotknie ani nie obejmie.
            Na szczęście, udało nam się z Madge przekonać Richarda, że nie będzie musiał być sam. Zgodził się na wizytę nowego lekarza, podawanie płynów i pielęgnowanie w domu. Madge przychodziła do niego codziennie, żeby go nakarmić, umyć, zmienić pościel i podać leki przeciwbólowe. Ofiarowała mu też coś, czego w tym stanie rozpaczliwie potrzebował; swoje towarzystwo. Umarł zaledwie tydzień później, gdy Madge trzymała go za rękę”[14].
 
            Zadaniem medycyny nie jest stosowanie oceń i wartościowań moralnych swoich pacjentów, lecz niesienie im pomocy poprzez niwelowanie bólu i cierpienia.
 
2.3. Samotność lekarza, pielęgniarki, terapeuty
 
            Celem dotychczasowej analizy była próba zrozumienia fenomenu osamotnienia człowieka chorego. Wydaje się, że wrażliwość lekarza, pielęgniarki, terapeuty powinna być wyczulona na ten rodzaj bólu, jaki wyraził człowiek chory w Ewangelii, odpowiadający na pytanie Jezusa cichą skargą: „Panie, nie mam człowieka”. Ludzie wokół pełno, a tu brak człowieka. Chory czuje wokół siebie człowieka wtedy, kiedy doświadcza obecności drugiego. Spotkanie z chorym winno odbywać się zatem zawsze w taki sposób, ażeby człowiek mógł odczuć, i rzeczywiście doświadczyć, obecności drugiego.
            Powiedzieliśmy o samotności człowieka chorego. Warto uświadomić sobie także osamotnienie, jakie może towarzyszyć lekarzowi, czy też pielęgniarce lub terapeucie. Może ono pojawić się zwłaszcza wtedy, kiedy nagle odczuwa się bezradność wobec przekraczającej człowieka sytuacji. O takim doświadczeniu pisze m.in. prof. A. Szczeklik: „Bezradność lekarza… Gdy nie potrafi nazwać choroby, nie rozumie «spowiedzi ciała», nie pojmuje dlaczego coś tak się dzieje, nie umie pomóc… Ta niemoc szybko przestaje być jego prywatną sprawą. Dotyczy wszak chorego, jego najbliższych. Niepoddająca się leczeniu choroba pięknej Esther w powieści Stefana Chwina wiedzie do bluźnierstwa zapatrzonego w nią, zrozpaczonego chłopca. A sama chora – jak nieraz w takich przypadkach – nie znajdując ratunku w konwencjonalnej medycynie, szuka go poza nią – u uzdrowicieli”[15].
Bezradność wobec choroby, w pewien sposób przegrana z nią, w świadectwach wielu lekarzy, staje się drogą do osobistej pokory. Z wybuchającego raz po raz nieograniczonego optymizmu, dotyczącego przyszłości medycyny, konkretnie przeżyta bezradność – twarzą w twarz z pacjentem oczekującym pomocy – radykalnie przypomina o tym, że nie wszystko znajduje się w rękach lekarza.
Obok bezradności może pojawić się inne jeszcze doświadczenie – doświadczenie poczucia winy. Tę sytuację ilustruje wypowiedź dra Bogdana de Barbaro, psychiatry i psychoterapeuty z Krakowa.
 
„Wciąż pamiętam, jak wiele lat temu na korytarzu podeszła do mnie matka mojego pacjenta i chciała ze mną porozmawiać. Zbyłem ją, kazałem przyjść za kilka dni, bo się spieszyłem. Zdążyła tylko powiedzieć, że jej syn nie żyje. Wtedy się zatrzymałem. To był młody chłopak. Popełnił samobójstwo i zostawił list. Napisał, że jest mi wdzięczny za opiekę, że przeprasza, ale on już nie wytrzymuje życia. Zginął, a jego matka przyszła do mnie wdzięczna, że byłem kimś, w kim jej syn przez wiele lat znajdował oparcie. Dziękowała mi, a ja czułem się kompletnie pokonany.
 
Jak Pan sobie radzi z takimi sytuacjami?
To jest dramat. W przypadku ciężkiej choroby ciała lekarz może pewnie powiedzieć, że zrobił wszystko, co w jego mocy. Może to sobie jakoś wytłumaczyć. W przypadku samobójczej śmierci pacjenta nie mogę powiedzieć, że zrobiłem wszystko, bo zawsze przecież mogłem zrobić więcej, albo inaczej.
 
Nigdy nie pozna Pan odpowiedzi…
I to jest najgorsze. Kiedyś zadzwonił do mnie pacjent i poprosił o wypisanie innego leku. Po jego głosie wyczułem, że nie czuje się najlepiej. Zaproponowałem mu, żebyśmy się spotkali, i podałem w miarę bliski termin, bo za dwa dni. Kilka godzin później zadzwonił brat tego pacjenta, że on nie żyje. Każdy człowiek w takiej sytuacji ma dwie pokusy: może się o to obwiniać, albo zwyczajnie machnąć na to ręką. Oba rozwiązania są złe. Lekarstwem jest próba zrozumienia, dlaczego to się stało, ale też wygadanie się, na przykład przed kolegami, w zespole.
 
Uważa Pan, że taka rozmowa oczyszcza?
Oczyszcza, ale nie w sensie, że «umywam ręce». Ona zapobiega przygnieceniu, które prostą drogą prowadziłoby do wypalenia zawodowego”[16].
 
Świadomość grożącego osamotnienia i wyobcowania stanowi wyzwanie dla świata medycznego. Przeciwdziałanie osamotnieniu jest nie tylko aktem humanitarnym, ale działaniem terapeutycznym, zmniejszającym zakres bólu i cierpienia w świecie. Zwłaszcza medycyna nie powinna pozwalać na to, ażeby człowiek ginął samotnie wśród ludzi. Do jednego z najtrudniejszych osobiście przeżywanych dylematów w medycynie należy: jak pogodzić wrażliwość z „pewnym utrzymaniem skalpela w dłoni?”
 
(…) w „Ikarze” Brueghla: jak wszystko spokojne
Odwraca się od nieszczęścia; może tylko rolnik
Usłyszał plusk i krzyk zapomniany,
Lecz dla niego nie był to wypadek ważny; słońce
Oświetlało, jak oświetlać winno, białe nogi znikające
W zielonej wodzie; a delikatny i kosztowny okręt,
z którego na pewno widziano
Rzecz zdumiewającą, chłopca lecącego z nieba,
Musiał żeglować dalej i płynął, gdzie trzeba.
 
„Ikar nie ginie samotnie. Ginie wśród ludzi. Breughel mistrzowsko wyraził prawdę o człowieku, o «fenomenie obojętności świata, należącym do doświadczeń fundamentalnych». Nie chcemy widzieć cierpienia, odwracamy się plecami do nieszczęścia. Ono zawsze przychodzi nie w porę. Przeszkadza. Drażni jak cierń, choć nie tkwi pod naszą skórą. Znajduje nas nieprzygotowanych. I tylko lekarz, pielęgniarka, kapelan szpitalny wychodzą rano na jego spotkanie. Muszą zachować wrażliwość, by nie stać się uczestnikami sceny przedstawionej przez Breughla.
            Wrażliwość pulsuje na szczególnym miejscu w medycynie. Z jednej strony my, lekarze, musimy nakładać na siebie pancerz. Inaczej nie udźwignęlibyśmy tej nędzy, cierpienia wokół nas. Inaczej lekarz zacząłby płakać z chorym i po godzinie pracy byłby do niczego, chirurg załamałby się przy stole operacyjnym. Pancerz ten zakładamy codziennie. Zarówno lekarze, jak i pielęgniarki”[17].
 
Podsumujmy: Samotność i obniżenie życiowego nastroju w chorobie mogą doprowadzić do pogłębienia się cierpienia, a nawet do depresji. Podobnie lekarz czy pielęgniarka z powodu bezradności wobec choroby, czy pojawiających się wyrzutów sumienia (czy naprawdę zrobiłem wszystko?) mogą przeżyć kryzys sensu wykonywanej profesji – wypalenie zawodowe. Nic zatem nie jest w stanie zastąpić spotkania z drugim człowiekiem, ani też obecności drugiego człowieka. W medycynie oprócz pracy nad chorym potrzebna jest nieustanna praca nad sobą samym.
 

[1] A. Kępiński, Melancholia, Kraków 1993., s. 15.
[2] Tamże, ss. 7-8.
[3] Tamże.
[4] S. Kierkegaard, Albo-Albo, t. 1, J. Iwaszkiewicz, Warszawa 1982, s. 21.
[5] Tamże, s. 30.
[6] Tamże, s. 27.
[7] A. de Saint-Exupéry, Mały Książę, tł. J. Szwykowski, Warszawa 1991, ss. 22-24.
[8] A. Kępiński, Melancholia, dz. cyt., s. 15.
[9] Historia medycyny, pod red. T. Brzezińskiego, Warszawa 2004, s. 218.
[10] Tamże, s. 224.
[11] Tamże, ss. 79-80.
[12] Tamże, s. 80.
[13] Zob. R. M. Youngson, Collins. Słownik encyklopedyczny medycyna, dz. cyt., s. 193.
[14] D. Kessler, Śmierć jest częścią życia. O prawo do godnego umierania, Warszawa 1999, ss. 167-169.
[15] A. Szczeklik, Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki, Kraków 2007, s. 24. 
[16] Dobry zawód. Z lekarzami rozmawiają Krystyna Bochenek i Dariusz Kortko, Kraków 2007, ss. 176-177.
[17] A. Szczeklik, Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny, Kraków 2007, s. 100.
 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=