Stefan Szary / FILOZOFIA
  4. Spotkanie z człowiekiem cierpiącym i chorym
 

 CHOROBA JAKO ŹRÓDŁO SPOTKANIA

 1. Zjawisko choroby
 
1.1. Próba definicji
 
Istnieją różne spotkania: Jedne z nich są miłe, inne niemiłe, niektóre są chciane, inne niechciane, oczekiwane i zdarzające się nagle – znienacka, działające kojąco na człowieka (terapeutycznie) oraz rozdrażniające. Są spotkania, które nie mają większego znaczenia i takie, które wywierają wpływ na całe przyszłe życie. Szczególnego rodzaju spotkaniem, które określiliśmy już wcześniej jako rodzaj sytuacji granicznej, jest spotkanie z człowiekiem chorym. Gdyby nie choroba, spotkań tego rodzaju w ogóle by nie było. Zjawisko choroby, kalectwa, bólu, cierpienia jest zatem źródłem (vel. przyczyną) dla zainicjowania szczególnego rodzaju relacji, szczególnego rodzaju spotkania – spotkania z człowiekiem chorym.
Nie możemy nie postawić w tym miejscu pytania: czym jest choroba? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta, jakby się z początku mogło wydawać. Spójrzmy najpierw na to, w jaki sposób definiowano zjawisko choroby w historii. Rozwój (vel. transformacja) rozumienia tego pojęcia daje się ująć w następujących punktach. Otóż na przestrzeni dziejów uważano, że:
 
-         „choroba jest wynikiem działania nieprzyjaznych sił zewnętrznych (demonów, bogów, nieżyczliwych ludzi);
-         choroba jest skutkiem niewłaściwego postępowania człowieka i zesłania nań kary przez siły nadprzyrodzone;
-         choroba jest rezultatem wpływów kosmosu, którego człowiek jest odbiciem;
-         choroba jest wynikiem wtargnięcia do organizmu czynników zewnętrznych (robaków, ciał obcych);
-         choroba jest wynikiem zmiany składu lub budowy organizmu oraz zaburzenia jakości jego składowych elementów;
-         choroba jest skutkiem zaburzenia funkcji organizmu, wynikającym z negatywnego oddziaływania wewnętrznych i zewnętrznych czynników naturalnych”[1].
 
            U pierwotnych mieszkańców Ameryki – Indian panowało przekonanie o tym, że choroba jest stanem zachwianej równowagi (harmonii) pomiędzy człowiekiem a czczonymi w danej kulturze bóstwami. Mogą być nimi „duchy” dobra lub zła. Prof. Zdzisław Jan Ryn pisze na ten temat w swej pracy Medycyna indiańska: „Tubylcy wierzą, że mają one („duchy”) siedziby w określonych miejscach, np. w grotach, pod ziemią, na szczytach gór, w wąwozach itp. Istoty te chronią człowieka przed wszelkim nieszczęściem, jeśli oddaje im należną cześć i składa ofiary, lub przeciwnie – mogą go ukarać, jeśli nie respektuje przyjętych norm. (…) O zdrowie trzeba zabiegać, składając ofiary, które zapewniają harmonię z własnym totemem. (…) Szczególnych ofiar wymagało zapewnienie zdrowia Ince; składano je w całym kraju w przeznaczonych do tego świątyniach, zwłaszcza świątyni Słońca, by «Słońce nie straciło swej mocy»”[2].
            Kiedy sięgniemy do współczesnej medycyny – Słownika encyklopedycznego medycyny, pod hasłem: choroba znajdujemy następujące wyjaśnienie: „1. każdy nieprawidłowy stan organizmu lub jego części, niezależnie od przyczyny. 2. konkretne zaburzenie cechujące się obecnością zespołu objawów. Przyczyny wywołujące choroby mogą być znane lub nie i obejmują czynniki dziedziczne, środowiskowe, infekcyjne, żywieniowe i związane z rozrostem nowotworowym”[3].
 
1.2. Choroba od strony lekarza
 
Czy wystarczy sięgnąć do historii lub do słownika medycyny, by mieć pełne rozumienie tego, czym jest choroba? Takie „obiektywne” spojrzenie zdaje się wystarczać do chwili, kiedy wobec choroby mamy stosunek zimny, zdystansowany, daleki. Lecz w przypadku lekarza, pielęgniarki, fizjoterapeuty spotkania z chorym człowiekiem – a także z jego chorobą – podjęte są jak najbardziej świadomie i z wyboru. W tej relacji ceną ostateczną jest bowiem: być albo nie być. W tym nowym kontekście stawiamy raz jeszcze pytanie: czym jest choroba? I doskonale wiemy, że rodzaj choroby, „ciężkość” choroby, jej trwałość i dolegliwość nie pozostają bez wpływu na sposób jej rozumienia zarówno przez pacjenta jak i przez lekarza. Czym innym jest krótkotrwały ból głowy, a czym innym trwale kalectwo. Choroba – pisze A. Szczeklik – „schowana w nas, straszy, pozostając niewidoczną. Lekarz próbuje, na krótką chwilę, skłonić ją do przesłania znaków. Z nich buduje rozpoznanie, określa i nazywa adwersarza. Sztuka medycyny polega między innymi na odsłonięciu objawów choroby. Jak magik duchy przy wirującym stoliku, tak lekarz wywołuje objawy choroby”[4].
            Dla lekarza choroba jest przede wszystkim wyzwaniem: rozpoznać właściwie chorobę, postawić dobrą diagnozę, i zastosować leczenie, dzięki któremu chory odzyska zdrowie. Zjawisko choroby – jak już mówiliśmy o tym wcześniej – łączy dla lekarza dwa aspekty: świat przyrody (postawa pochyła: „nad”) i świat humanistyczny (relacja pozioma: podmiotowa)[5].
 
1.3. Choroba od strony pacjenta
 
Czym jest choroba od strony pacjenta? Wczujmy się w konkretny przykład. Do człowieka dociera informacja o podejrzeniu białaczki szpiku kostnego. Niestety, to co z początku było tylko przypuszczeniem, po serii wykonanych badań, w tym samego szpiku kostnego, znalazło swoje potwierdzenie. Na każdym wypisywanym odtąd dokumencie pojawiać się będzie pieczątka ze słowami: oddział hematologii. Dla pacjenta słowo to brzmi z początku obco, jak gdyby nie było wyrazem z języka polskiego. Ale nie obcość słowa poraża. Słowo to zresztą przestanie być odtąd dalekie i obce. Jest coś dużo gorszego. Białaczka brzmi jak wyrok. Prof. Kępiński pisze: „Każda choroba somatyczna powoduje zachwianie wewnętrznej równowagi ustroju: zmniejsza się stopień integracji poszczególnych czynności ustroju, na skutek grożącego ustrojowi niebezpieczeństwa pojawia się niepokój lub nawet lęk, a na skutek miejscowego działania czynników szkodliwych dochodzi do drażnienia receptorów bólowych, chory odczuwa ból. W trakcie choroby ustrój musi jakby skoncentrować się na sobie, dlatego zmniejsza się zaangażowanie w świecie otaczającym: szuka się schronienia, opieki, spoczynku. Ogólna dynamika życiowa obniża się, gdyż siły ustroju wskutek choroby są słabsze”[6].
Odtąd zaczyna się nowy etap dla człowieka chorego. Chodzi w nim o rozstrzygnięcie zawierające się w odpowiedzi na pytanie: czy podjąć walkę z chorobą, czy też od razu się z niej wycofać? Zgodzić się biernie na okrutny wyrok losu, czy też walczyć pomimo wszystko? Walka z chorobą? Okazuje się, że ciężkość choroby nie musi wcale zabić nadziei, wiary chorego. Los tego pytania rozstrzyga się także w oparciu o spotkania z lekarzami, pielęgniarkami, terapeutami, bliskimi. To jest niezwykle ważny moment spotkania z chorym – moment graniczny, chwila decydująca nieraz w bardzo znaczny sposób o rozstrzygnięciu jednego z najtrudniejszych dylematów.
Oddział hematologii z obcego, nieznanego środowiska staje się nową przestrzenią dla chorego i jego bliskich. Podczas pobytu na izolatce nie przeraża bliskich potrzeba założenia maseczki na twarz i ubranie fartucha ochronnego. Chorzy, znający z własnego doświadczenia szpital, wprowadzają nowicjuszy w tajniki nowego środowiska. Stąd też sami chorzy są bardzo często najlepszymi psychoterapeutami – nie zawsze nawet do końca zdając sobie z tego sprawę. W świadomości chorego informacja o chorobie przyjęta z początku jako wyrok, powoli staje się częścią walki o życie, o zdrowie, o każdy nowy dzień, nową godzinę. Być może za chwilę na sali pojawi się ktoś nowy. Ktoś załamany i przybity wieścią o swojej chorobie. Trzeba będzie mu pomóc, wesprzeć, dodać nadziei, pobudzić do tak ważnej w procesie leczenia aktywności. Chory, znający ten stan jak nikt inny, walczy o nowego chorego człowieka. Być może mówi do niego: wiem, że z początku choroba brzmi jak wyrok. Trzeba to w sobie pokonać. Trzeba nauczyć się żyć z chorobą, aby móc walczyć o zdrowie.
Przykład powyższy pokazuje ten aspekt choroby, który nie tyle jest medyczną definicją, ile choroba ujawnia się nam tutaj jako źródło spotkań – całkowicie nowej jakości spotkań z innymi – pracownikami medycznymi, rodziną, ale także ze współpacjentami, a nawet – i tego aspektu nie należy zagubić – z Bogiem.
 
2. Postawy wobec prawdy o bólu i cierpieniu
 
Zapytajmy z kolei o to, jakie są dziś reakcje na zjawisko bólu i cierpienia? Trudno uchronić się przed popełnieniem błędu uogólnienia. Niemniej jednak, mając na uwadze ogólne tendencje występujące w dzisiejszym świecie, prof. Szczeklik pisze: „W oczach świata ból i cierpienie są czymś strasznym, bezowocnym i destruktywnym. Szczególnie, gdy muszą cierpieć dzieci, gdy niewinni ulegają wypadkom, doznają kalectwa czy śmiertelnej choroby. «Czy to kara? Kto zgrzeszył? – pytali Żydzi Chrystusa. – Czy sam niewidomy? Czy jego rodzice?» «Ani on, ani jego rodzice, on choruje, aby się dokonała Chwała Boża». A więc to próba zsyłana nas przez Boga? Doskonaląca próba cierpienia? Pozwalająca ujawnić siłę ducha, gdy ciało słabnie? Ta idea została dziś zakwestionowana. Kult sukcesu nakazuje być wiecznie młodym i zdrowym. Świat kultury masowej nie akceptuje bólu ani cierpienia. Brzydzi się nimi. Po wylansowaniu bezstresowej edukacji przystąpiono do pełnego «egzorcyzmowania bólu ze świata»[7].
Pomimo najróżniejszych sposobów nie da się wyrzucić ze świata tych sytuacji granicznych, którymi są ból człowieka, jego cierpienie, a także śmierć. Można próbować od nich uciekać w zapomnienie, w rozrywkę, w pracoholizm, zaangażować się tak intensywnie w każdą chwilę życia, by ostatecznie przeżywać je tak, jak gdyby tamto w ogóle nie istniało. Niestety sytuacje graniczne mają to do siebie, że któregoś dnia człowieka „dopadają”. Ucieczka ostatecznie kończy się niepowodzeniem. Stajemy oko w oko z niechcianymi tajemnicami: bólu, cierpienia, umierania.
Powiedzieliśmy już wcześniej, że choroba (kalectwo) zmienia nieraz wszystko. W chorobie człowiek żegna się czasami na stałe ze stylem życia, jaki był prowadzony dotąd. Nawet o dzieciach, zmuszonych do dłuższego pobytu w szpitalu mówi się, że one nagle się zmieniają: dorośleją, stają się... – nie wiadomo jakiego słowa najlepiej tu użyć: mądrzejsze, poważniejsze? Na ten temat czynników psychosocjologicznych choroby czytamy u prof. Kępińskiego: „Choroba stawia człowieka wobec różnorodnych i często nowych sytuacji psychologicznych. Wycofanie się z aktywności zmusza do większej refleksji nad samym sobą. Zwykle jest to refleksja nad własnym ciałem (postawa hipochondryczna), ale gdy choroba jest cięższa, pojawia się refleksja nad śmiercią. Choroba jakby łączy początek życia z jego końcem. Czyniąc człowieka słabym, upodabnia go do dziecka, a zbliżając perspektywę końca życia, zmusza go do zastanowienia się nad jego sensem. Wiele spraw dotychczas ważnych traci swą wartość, człowiek żałuje, że w ogóle się nimi zajmował. Niekiedy świadomość, że zbliża się koniec wszystkiego, przynosi dziwny spokój. Cichną dawne burze, wszystko staje się mało istotne. Niekiedy człowiek broni się prze perspektywą śmierci – nie przyjmuje istnienia stwierdzonej u niego choroby lub lekceważy ją i jeszcze aktywniej niż przed chorobą stara się uczestniczyć w bieżącym życiu”[8]. W końcu jednak choroba jakby staje wprost naprzeciw człowieka. Człowiek nie ma wyboru. Nie podjęcie żadnego wyboru w tej sytuacji jest także wyborem. Chory musi zająć jakieś stanowisko wobec niej, jest zmuszony rozstrzygnąć czy jest ona przekleństwem czy szansą? Nie napisałbym tego pytania i nie zdałbym tego pytania, gdybym nie miał przed sobą świadectwa człowieka chorego, który znalazł się w takiej właśnie sytuacji. We wstępie do swojej książki pisanej już w szpitalu prof. Józef Tischner (1931-2000) zapisał: „Okoliczności zewnętrzne sprawiły, iż praca ta powstawała w szpitalu. Kiedy walczono o moje życie, ja walczyłem z myślami, które mnie nawiedzały «na manowcu». Pod pewnym względem sytuacja była luksusowa: nie miałem już wykładów ani seminariów, mogłem głowę zanurzyć w problemach, o których pisałem. W tym samym czasie ktoś dbał o kroplówkę, o zastrzyk, o spokojny sen. Pierwszy etap choroby nie był bolesny. Wiązał się natomiast z nowym odkryciem; niesłychanego skupienia ludzkiej dobroci, która chce pomóc choremu. Wiadomo, z jakimi trudnościami boryka się polska służba zdrowia. Ale stosunkowo mało wiadomo, ile dobrej woli, wysiłków i poświęceń podejmują ludzie w bieli, by pokonać chorobę – ten przewrotny wynalazek szatana, którego celem ma być zabijanie miłości do życia”[9]. Nie wchodząc w tym miejscu w religijny aspekt tej wypowiedzi (który jest również niezwykle ważny i istotny) zwróćmy uwagę na ukazane w niej źródło dramatu choroby. Co nim jest? Próba zabicia miłości do życia. W chorobie, wg prof. Tischnera, głównie idzie o to, czy życie jako życie jest czymś godnym błogosławieństwa, czy też jest ono czymś, co należy przekląć? Wydaje mi się, że myśl ta zawiera kluczową wskazówkę dla wszystkich spotkań z człowiekiem chorym. Sformułowałbym ją następująco: w każdym spotkaniu z człowiekiem dotkniętym chorobą, bólem, cierpieniem idzie przede wszystkim o to, ażeby podtrzymać miłość do życia.
            Podobną myśl znajdujemy w słynnej książce Viktora Emila Frankla (1905-1997) Homo Patiens. Autor pisze w niej: „Weźmy inny przykład – z listu pacjentki ciężko chorej na gruźlicę i świadomej tego, że nie ma dla niej widoków na wyleczenie, że raczej spodziewać się musi śmierci. Pisze ona: «Kiedy życie moje było bogatsze? Czy wtedy (była buchalterką), gdy byłam nadzwyczajnie użyteczna i wciąż zapracowana? Czy też w latach ostatnich, gdy rozprawiałam się z tysiącem duchowych problemów? Nawet zmaganie się z sobą, by przezwyciężyć straszny lęk przed śmiercią, który mnie prześladował i zadręczał – nawet to wydaje mi się bardziej wartościowe niż tuziny pięknych bilansów.» Życie jej stało się bogatsze – niech to będzie naszym hasłem, bo cierpieć znaczy nie tylko czegoś dokonać, rosnąć i dojrzewać, ale także bogacić się. Człowiek, który – jak mówiliśmy – dojrzewa do siebie, dojrzewa do prawdy. Cierpienie ma nie tylko etyczną godność, ale także wzniosłość metafizyczną. Cierpienie czyni człowieka przewidującym, a świat – przejrzystym. Byt staje się przejrzysty w wymiarze metafizycznym”[10].
            Spotkanie z człowiekiem chorym, ubogaca tego, który się z nim spotyka – lekarza, pielęgniarkę, terapeutę. Refleksje o charakterze mądrościowym, metafizycznym, a nawet religijnym otwierają przed zabieganym w codzienności człowiekiem takie wymiary egzystencji, o których zwykle się zapomina i na które często nie ma się czasu. Stąd drugie przesłanie: spotkanie z chorym człowiek domaga się autentycznego słuchania, zasłuchania z prawdziwym zainteresowaniem.
Kiedy biblijny Hiob rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi, ci nie potrafili go słuchać. Zamiast usłyszeć to, co Hiob chciał im powiedzieć, próbowali zasypać go swoimi teoriami na temat jego cierpienia. Gdybyś nie zgrzeszył – tłumaczyli – to byś nie cierpiał. A Hiob rzeczywiście nie zgrzeszył. I oto po raz pierwszy w historii ktoś tak wyraźnie przeciwstawił się uznawanym powszechnie poglądom, według których choroba jest karą za grzech. Hiob mówi: cierpię, ale nie zgrzeszyłem. Nie potrafił dojść do wytłumaczenia, dlaczego w życiu dotknęło go tak wielkie cierpienie. Ale w swym bólu nie przeklął ani Boga, ani życia. Nie uległ pokusie przekleństwa, ale pozostał do końca kimś, kto błogosławi życie, pomimo cierpienia i choroby. Dlatego postać ta nieustannie zmusza do refleksji (nie tylko) filozofów. Oto nieco dłuższy fragment z dzieła Powtórzenie duńskiego filozofa Sørena Kierkegaarda (1813-1855):
 
Mój milczący powierniku,
 
Hiobie! Hiobie! Hiobie! Czy rzeczywiście nic nie rzekłeś nic więcej ponad te wspaniałe słowa: Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione. Nie powiedziałeś nic więcej? Tylko to powtarzałeś w chwili swego upadku? Czemu milczałeś przez siedem dni i nocy? Co działo się wówczas w twojej duszy? Gdy całe twe życie upadło w gruzy i leżało wokół ciebie jak gliniane skorupy, czy od ra­zu znalazłeś ten nadludzki spokój, od razu poznałeś wytłumaczenie miłości, lekkość zaufania i wiary? A może i Twoje drzwi są zamknię­te dla strapionego? Być może i on nie znajdzie u Ciebie innej pocie­chy niż ta, którą ofiaruje miałka, świecka mądrość, układająca pa­ragrafyo wspaniałości życia? Czy nie znasz innych słów? Czy nie odważysz się powiedzieć nic innego niż to, co cedzą przez zęby urzę­dowi pocieszyciele, ci sztywni mistrzowie ceremonii, którzy przeko­nują jednostkę, że w chwili upadku powinno się mówić: Pan dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione. To dokładnie tak, jak powiedzieć kichającemu „na zdrowie”. Nie! Ty, co w dniach swej mocy byłeś mieczem uciskanego, kosturem starca i laską kaleki – Ty nie zawiodłeś ludzi, gdy wszystko runęło. Pozostałeś wów­czas ustami cierpiącego, wołaniem ciemiężonego, krzykiem zalęk­nionego, pocieszycielem tych, którzy w ciszy chowają ból, wiernym świadkiem upadku i cierpienia, mieszkających w sercu człowieka, je­go niestrudzonym rzecznikiem, który ośmielił się skarżyć „w gorzkości swej duszy” oraz walczyć z Bogiem. Czemu ukrywasz to wszystko? O, biada temu, kto pożera wdowy i sieroty, by zabrać im spadek – lecz biada także temu, kto chytrze chce odebrać cierpią­cemu skończony, pocieszający dar cierpienia, odbierając mu moż­ność wypowiedzi i „sporów z Bogiem”. A może strach przed Bo­giem tak jest powszechny w naszych czasach, że cierpiący nie potrze­buje wcale tego, co było dawniej w zwyczaju? Może nie mamy już odwagi skarżyć się Bogu? Czy strach przed Bogiem jest większy, czy może obawa i tchórzostwo? (…) Dlatego mów, niezapomniany Hiobie! Powtarzaj wszystko, co powiedziałeś, wspaniały rzeczniku, który z krzykiem lwa stajesz przed Sądem Naj­wyższym! W Twoich słowach jest powaga, w Twym sercu Boża bojaźń, nawet wtedy gdy skarżysz się i gdy bronisz swej rozpaczy prze­ciw przyjaciołom, którzy powstają jak złoczyńcy, by zarzucić Cię przemowami! Ty, rozdrażniony, ćwiartujesz ich mądrość i wyśmie­wasz ich obronę Boga, jakby chodziło o nędzny żart starego dwora­ka lub sytego wiedzą ministra. Ciebie pragnę; mężczyzny, który skarży się tak głośno, że skarga dosięga niebios, gdzie Bóg kuma się z Szatanem przeciw człowiekowi. Skarż się. Pan się nie zlęknie, on umie się bronić! Lecz jak ma się bronić, gdy nikt nie śmie wybuch­nąć skargą, jaka przystoi człowiekowi? Mów, podnieś głos, krzycz! Bóg potrafi głośniej, jest przecież grzmotem, który także jest odpo­wiedzią: solidnym, wiernym i uczciwym wyjaśnieniem, wypowiedzią Boga, która choćby miała zranić człowieka, jest wspanialsza od czczej miejskiej paplaniny o sprawiedliwej opatrzności, wymyślonej przez ludzką mądrość i powtarzanej przez staruchy i półmężczyzn.
Mój niezapomniany dobroczyńco, cierpiący Hiobie! Chcę się przyłączyć do Twojej grupki i słuchać Ciebie. Nie odsyłaj mnie. Nie stanę się zdrajcą przy Twoim ognisku, a moje łzy nie będą fałszywe, choćbym nic więcej nie umiał niż płakać wraz z Tobą. Człowiek szczęśliwy szuka szczęścia, aby go posmakować, chociaż prawdziwe szczęście mieszka w nim samym. Podobnie cierpiący szuka cierpie­nia. Nie otrzymałem całego świata, nie miałem siedmiu synów ani trzech córek, ale i ten może wszystko stracić, kto posiada niewie­le. Kto utraci ukochaną, straci synów i córki. I padnie od śmiertel­nych ran ten, kto straci cześć i dumę, a wraz z nimi sens i chęć życia.
Pański bezimienny przyjaciel[11]
 
Podsumujmy: Choroba jest źródłem szczególnego rodzaju spotkań lekarza, pielęgniarki, terapeuty, bliskich z człowiekiem chorym. Choroba jest sytuacją graniczną, w której pojawia się z jednej strony groźba, a drugiej strony szansa. Zagrożeniem jest pokusa zwątpienia w miłość do życia i co za tym idzie bierność i apatia chorego. Szansą otwarcie przed ludźmi głębokich płaszczyzn egzystencjalnych, metafizycznych, a nawet religijnych. Stąd z jednej strony w spotkaniu z chorym idzie zawsze o podtrzymanie miłości do życia, z drugiej o sztukę autentycznego słuchania, budującej rozmowy.
 
 

[1] Historia medycyny, pod red. T. Brzezińskiego, Warszawa 2004, s. 82.
[2] Z. J. Ryn, Medycyna indiańska, Kraków 2007, ss. 86-87.
[3] R. M. Youngson, Collins. Słownik encyklopedyczny medycyna, tł. W. Grzybowski, A. Grzybowski, Wyd. RTW 1997, s. 73.
[4] A. Szczeklik, Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny, Kraków 2007, s. 13.
[5] Kto wie, czy wręczenie lekarzom podarków, jakaś łatwość do dawania łapówek, wiara w łapówki, nie jest pozostałością z pradawnych czasów, kiedy lekarz był zarazem kapłanem wstawiającym się u bóstwa o pomyślność dla chorego. Tzw. łapówka byłaby zatem echem składanych ofiar za pośrednictwem kapłana bóstwu. Wiara w łapówkę byłaby echem wiary w moc kapłana i jego wstawiennictwa wobec bóstwa.
[6] A. Kępiński, Melancholia, Kraków 1993, s. 30.
[7] A. Szczeklik, Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki, Kraków 2007, s. 92.
[8] A. Kępiński, Melancholia, dz. cyt., ss. 31-32.
[9] J. Tischner, Ksiądz na manowcach, Kraków 1999, ss. 6-7.
[10] V. E. Frankl, Homo Patiens. Logoterapia i jej kliniczne zastosowanie. Pluralizm nauk a jedność człowieka. Człowiek wolny, tł. R. Czernecki, Z. J. Jaroszewski, Warszawa 1998, s. 81.
[11] S. Kierkegaard, Powtórzenie. Przedmowy, tł. B. Świderski, Warszawa 2000, ss. 101-103.
 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=