Stefan Szary / FILOZOFIA
  "Trzy kolory. Biały"
 

„Trzy kolory. Biały”
o równości

             Białe kawałki płótna. Przed nimi ci, którzy chcą coś namalować. Od razu wiadomo, że żaden z nich nie jest Rembrandtem czy van Goghiem. Ale nie jest też z góry przesądzone, że któryś z nich może zostać wielkim malarzem. Podobnie białe kartki papieru. Nad nimi ludzie pochyleni z piórem w dłoni. Także i teraz wiadomo, że żaden z nich nie jest Dostojewskim czy Kafką. Ale i tutaj nie ma pewności co do tego, czy któryś z nich nie zostanie kiedyś cenionym pisarzem. Czy istnieje równość? Czym ona jest? Jak myśleć o świecie? Postrzegać równość jako nadzieję czy jako przekleństwo? Idea równości widniała obok idei wolności i braterstwa. W imię równości dokonywano rewolucyjnych przewrotów politycznych. Równość ukazuje się jako fundament świata sprawiedliwego. Ale czy równo znaczy sprawiedliwie? Z większą pewnością można powiedzieć, że nierówność prowadzi najczęściej wprost do niesprawiedliwości. „Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi” – prawda to czy tylko idea?

            Ten trudny temat podejmuje w swoim filmie Krzysztof Kieślowski. Biały jest między innymi rozmową o równości. Już wcześniej w Niebieskim dostatecznie jasno została wyrażona myśl, że każdy swoje życie musi przeżyć sam. Na tym polega, według określenia niektórych filozofów, mojość życia. Być może tu także ukryta jest tajemnica równości? O ile żyję, to ja żyję. A dalej? Dalej są raczej same znaki zapytania.

            Bohaterem filmu Biały jest Karol. Jego życie rozsypało się. Żona, którą kocha wniosła sprawę do sądu o rozwód. Karol traci wszystko. Siedzi na podłodze jednego z dworców w Paryżu i gra na grzebieniu polską melodię. Spotyka rodaka i wszystko jak gdyby się zmienia. Wraca do Polski. Udaje mu się zrobić pieniądze. Staje wręcz przed możliwością rozpoczęcia swego życia od nowa. Ale tak naprawdę te wszystkie zewnętrzne powodzenia nie dosięgają samego sedna problemu. On dalej ją kocha. A jej nie ma. Jest ciągle żywy ból odrzuconej miłości. I choć widz towarzyszy Karolowi w jego powodzeniach, to i tak doskonale wie o tym, że on żyje jednym – miłością do kobiety, która jest jego żoną. Ta jego miłość wydaje się być chorobą, obsesją, iluzją, wszystkim tylko nie prawdą. Prawda jest okrutna. Ona go nie chce i kocha się z innymi. Karol nie jest rozsądny. Żyje nadzieją wbrew nadziei. Wydaje się, że karmi się iluzją, która zaraża go nieszczęściem.

            W Paryżu spotkał rodaka. Ten oferuje mu pomoc. Może zdobyć pieniądze, których tak bardzo wtedy potrzebował. Ma jedynie wykonać pewne zadanie. Ma zabić człowieka, który sam tego chce, człowieka, który ma dość życia. Tym człowiekiem, jak się później okazuje, jest spotkany rodak. Nic nie wskazuje na to, by miał on jakieś powody do takiego kroku. A jednak on nie chce żyć.

            To spotkanie zawiera ważną refleksję. Z jednej strony każdy swoje życie musi przeżyć sam, z drugiej zaś decyzja o poczuciu bezsensu istnienia wymyka się obiektywnym normom. Czy takie obiektywne normy w ogóle istnieją? Do pewnego stopnia można zrozumieć głównego bohatera w tragedii jego roztrzaskanego życia. Z pewnością trudniej jest zrozumieć jego wiarę w miłość konsekwentnie odrzucaną. To jeden z biednych niewolników własnej iluzji. Ale jest także postać drugiego bohatera. Ten człowiek nie wierzy w dalszy sens własnego istnienia. Nie wiadomo dokładnie co spowodowało w nim taką niewiarę. Obiektywnie wydaje się, że nie ma takiego powodu. Lecz ileż to razy we wszelkich obiektywnościach kryło się iluzji, błędów, fałszywych mniemań? Ścieżki jednego człowieka, nie są życiowymi ścieżkami kogoś innego.

Koniec filmu to scena dziejąca się na placu więziennym. Przeskakuję do tego momentu nie zamierzając ukazywać logiki wydarzeń filmowych, chcę raczej rozważyć określenie więzienia w znaczeniu metaforycznym. W tym rozumieniu człowiek jawi się jako niewolnik najróżniejszych iluzji. Począwszy od krzyku reklam, a kończąc na wypowiadanych zapewnieniach o miłości – zawsze można paść ofiarą przyjęcia iluzji za prawdę. Czasem życie weryfikuje to, co jest czym. Lecz czy zawsze? Przyszłość zdaje się oznaczać pewne: albo-albo. Albo nadzieja, która staje się prawdą istnienia, albo iluzja, która zdaje się kpić z człowieka, krzycząc w jego wnętrzu kpiarskim tonem: głupiś! Tu chyba nie ma mądrych. Głupim może okazać się nie tylko ten, kto wierzy w przyszłość, ale i ten, kto w nią nie wierzy. Mówi się nieraz: nadzieja matką głupich. Ale czy nie podobnie jest w przypadku beznadziei?

Zakończenie filmu jest zaskakujące. Okazuje się, że iluzja Karola nie do końca była iluzją. Jego wiara w nadzieję, że ona pomimo wszystko go kocha, zdaje się być nagrodzona. Nie jest to krzykliwy happy end. Nie jest to wypowiedziane jasno i wyraźnie za pomocą słów. Zza krat celi więziennej żona Karola za pomocą znaków przekazuje mu, że go kocha. Dzieli ich odległość, dystans, to, co kryje się w słowie: więzienie. A jednak ograniczenia więzienne w pewien sposób zostały pokonane, choć obiektywnie nic się przecież nie zmieniło. Ona jest w celi, a on na podwórzu więziennym. A jednak…

Biały Krzysztofa Kieślowskiego to film o fikcji, jaką jest nieraz rzeczywistość. Przyszłość oznacza, że zawsze może być inaczej. Życie w każdej chwili może zaskoczyć. W życiu zawsze istnieje przestrzeń na to, co nieoczekiwane. Być może życie to kroczenie w nadziei na pokonywanie iluzji?

Nie każdy, kto stoi przed białym płótnem może być Rembrandtem czy van Goghiem. I nie każdy, kto trzyma w dłoni pióro nad białymi kartkami papieru może być Dostojewskim lub Kafką. Nie. Nimi już być nie można. Ale można stać się niemniej wielkim malarzem lub pisarzem. Kto potrafi tu i teraz rozstrzygnąć jak będzie w przyszłości? Czy warto podejmować ryzyko? Czy może zawczasu należy dać sobie z tym spokój?

Powraca też pytanie: czy równość jest nadzieją czy iluzją? Co znaczą dla Ciebie słowa zawarte w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, że „wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi…”?

 
   
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=